JESTEŚ CUDEM

JESTEŚ CUDEM

Witajcie moje Serduszka! ❤

Wracam do Was po bardzo długiej przerwie, ale za to z dawką motywacji. Może uda mi się troszkę pokolorować tę naszą szarą rzeczywistość. Chwila, chwila. Czy ta nasza rzeczywistość na pewno jest szara? Może po prostu zapomnieliśmy już, jak wyglądają inne kolory? Nie wiemy, gdzie ich wypatrywać. Ale powiem Wam, że znajdziecie je wszędzie. Naprawdę. Chcecie wskazówkę? Rozejrzyjcie się wokół. Tyle wystarczy, żeby dostrzec barwy. Teraz powiem banał. Wieeelki banał. ŻYCIE JEST PIĘKNE. Tak, życie jest wspaniałe. Życie jest cudowne. Życie jest darem. Życie jest cudem. I każdy z nas ma taki jeden cud, którym musi się opiekować. Który musi ulepszać, formować na wybrany sposób, pilnować. Któremu musi wyznaczyć drogę i razem z nim nią podążać. Taki cud, który jest zależny tylko i wyłącznie od nas. Nasza najważniejsza własność, której nikt nie może nam zniszczyć, nikt nie może nam odebrać. Cud, który musimy SZANOWAĆ. A nie zawsze szanujemy. Nasze życie to my sami. Nasze ciała. Nasze dusze. Nasze serca. Ile razy mówiliśmy sobie, że kochamy nasze ciało? Że jesteśmy piękni? Że mamy wspaniały charakter? Że jesteśmy cudowni, bo jesteśmy sobą? Mało? Wcale? A no właśnie. A ile razy krytykowaliśmy swój wygląd? Swoje życie? Ile razy daliśmy naszemu wspaniałemu cudeńkowi do zrozumienia, że nic dla nas nie znaczy? Że żałujemy, że go otrzymaliśmy? Że lepiej by było bez niego? Że go nie lubimy? Nie kochamy? Ile razy okazaliśmy życiu brak szacunku? Skądś to znamy, prawda? I to tu jest ten największy problem. Mamy problem z tym, kim jesteśmy, jacy jesteśmy. Mamy problem z własnym życiem. A to wszystko sprowadza się, moim zdaniem, do szacunku. I do akceptacji, oczywiście. Bo żeby coś szanować, najpierw trzeba to zaakceptować. Z tego natomiast wynika, że nie tylko nie szanujemy naszego życia, ale też mamy problem z zaakceptowaniem go. A to z kolei oznacza, że nie jesteśmy wdzięczni za dar, jaki otrzymaliśmy.

No dobra, to teraz trochę teorii. A gdyby tak je zaakceptować? Co by się zmieniło? Zastanówmy się... Przestalibyśmy się krytykować, to na pewno. Zauważylibyśmy nasze piękno? Niewykluczone. Nie tylko te zewnętrzne, ale też wewnętrzne. Właściwie, PRZEDE WSZYSTKIM wewnętrzne. Dostrzeglibyśmy naszą piękną duszę. Nasze wspaniałe serduszko. Zobaczylibyśmy cudownych siebie. Zaakceptowalibyśmy wszystkie te małe zadrapania, które nasz cudek nabył podczas całej podróży - od narodzin pewnie minęło sporo czasu, nie miejmy mu tego za złe. Potknięcia to naturalna sprawa, każdy taki cudek może się przewrócić. Naszym zadaniem jest go podnieść, unieść, pocieszyć, nie winić, zrozumieć. I dać kolejną szansę, nie ważne którą. Czy to setna, czy tysięczna. Bez różnicy. Bo ważne jest to, że dajemy naszemu Cudkowi do zrozumienia, że jest warty kolejnej szansy, że na nią zasługuje, że w niego wierzymy. Że pokładamy w nim nadzieję. Niestety często dzieje się tak, że zamiast okazywać naszemu Cudkowi miłość, okazujemy nienawiść. Zamiast postawić na nogi, przydeptujemy, przygniatamy, gnieciemy. Niepotrzebnie. Musimy w te czynności włożyć więcej wysiłku, poświęcić więcej czasu, a przy tym oddać się na pożarcie negatywnym emocjom. O wiele łatwiej, szybciej i lepiej jest wyciągnąć rękę i przyciągnąć Cudek do siebie. A jak nam starczy siły, to możemy go jeszcze przytulić! A przepraszam, chyba Wam nie przedstawiłam tego całego "Cudka". Ale znacie go lepiej, niż ktokolwiek inny. Bo "Cudek", znany też, bardziej oficjalnie, jako "Cud", to nikt inny jak nasze życie. To my. Jesteśmy Cudami.

To teraz czas na... Praktykę. Teorię ogarnęliście? Oby, bo teraz zapraszam Was tam, gdzie... Zobaczycie coś pięknego, obiecuję. A mianowicie, zapraszam Was przed lustro. No, dalej, śmiało. Nie krępujcie się. Na pewno macie jakieś w pobliżu, nie wierzę, że nie. Gotowi? Zaczynamy! Tylko bez żadnych wykrętów, żeby było jasne. A więc... Przyjrzyjcie się dokładnie, bo patrzycie właśnie na największy dar świata. Patrzycie na Cud. Prawdziwy Cud, tutaj, przed Wami, tak blisko. Niewiarygodne, co? A jednak! Tylko spójrzcie na to dzieło, czyż nie jest cudowne? Jedyne w swoim rodzaju, drugiego takiego nie znajdziecie. Nie do skopiowania, jedyny oryginał na całym świecie. Spójrzcie, jacy jesteście piękni. Nie mówcie, że nie, wszystko słyszę. Spójrzcie na siebie. To Wy, prawdziwi Wy. Wy, którzy nie musicie nikogo udawać, nie musicie nosić żadnych masek, bo jesteście piękni. Jesteście piękni, bo jesteście sobą. Każdy inny, każdy wyjątkowy, każdy wspaniały na swój własny, jedyny sposób. Każdy unikatowy. 
Cieszcie się życiem, Cudeńka. Cieszcie się swoimi Cudkami, bo nigdy nie wiadomo, kiedy nas opuszczą. I szanujmy je, bo jeszcze się obrażą i od nas uciekną. A tego byśmy nie chcieli, prawda? 
Trzymajcie się Skarby! Pozdrówcie ode mnie Wasze Cudeńka. A! I przekażcie im, że są wspaniałe. Dobrze?
Dojrzewanie

Dojrzewanie

Całe życie opiera się na dojrzewaniu. Z każdym dniem jesteśmy bogatsi o doświadczenia z dnia poprzedniego, o przygody, spotkania, przeżycia, myśli, wiedzę. Każdego dnia możemy poznać jakąś część siebie. Możemy poznać siebie na nowo. Nowy dzień - nowi my. Od dzieciństwa aż po osiągnięcie pełnej dojrzałości. Swoją drogą, okres nastoletniego dojrzewania uważa się za najgorszy do przejścia. Ale czy naprawdę tak jest? Fakt, hormony buzują, ciągle zmiany nastroju mogą być bardzo uciążliwe. Nie tylko dla rodziców. Jest to na pewno czas, w którym możemy dużo się o sobie dowiedzieć. Obserwując swoje zachowania, poznajemy siebie, nasze reakcje na różne sytuacje. Ale sztuką jest zauważenie swoich wad i pracownie nad nimi. Jest to okres, kiedy mamy totalny mętlik w głowie, dużo jeszcze nie rozumiemy, ale szukamy odpowiedzi. Kiedy już znajdziemy, możemy się rozczarować, bo znane nam dotąd życie, czyli dzieciństwo wyglądało o wiele piękniej, było beztroskie i spokojne. Poznając odpowiedzi, zaznajemy często smutku. Nie tak to wszystko sobie wyobrażaliśmy. Nie wiedzieliśmy, że świat potrafi być tak okrutny, tak niesprawiedliwy. Ale można to przetrwać. Można też tego nie doświadczyć. Wszytko zależy od tego, w otoczeniu jakich ludzi będziemy się obracać. Czasy młodzieńcze bardzo wpływają na nasze dalsze życie. Jest to czas, w którym znajdujemy odpowiedzi na część pytań nurtujących nas w dzieciństwie. A to pozwana na wyznaczenie swoich piorytetów i określenia swojego systemu wartości. Jest to czas, kiedy często się buntujemy, nie zgadzamy, często czujemy niesprawiedliwość. Ale to dobrze. Dzięki temu możemy wyrobić własne zdanie. Jest to również czas szaleństwa, które czasami powoduje, że popełniamy błędy. Ale przez to możemy nauczyć się wyciągania wniosków, a w konsekwencji nie popełniania więcej tych błędów. Jest to też ciężki okres ze względu na wpadanie w nałogi. Łatwo jest uzależnić się od wszelkiego rodzaju używek, łatwo jest ulec. Zaczyna się na na "tylko spróbuję", a przechodzi w poważny nałóg, często poprzedzany wymówką, że to tylko na teraz, dla zabawy. Co prawda, wszystko co nielegalne lepiej smakuje właśnie wtedy, kiedy jest zabronione. Ale to nie znaczy, że wraz ze wstąpieniem w pełnoletność, nałóg minie. To tak nie działa. Niestety. Dojrzewanie młodzieńcze ma to do siebie, że trzeba się wyszaleć, to zrozumiałe. Pewnie dlatego tylu dorosłych myśli, że to najgorszy okres w życiu człowieka. Jednak mnie się wydaje, że czas "dorosłości" może okazać się równie zły. Oczywiście od wielu decyzji podjętych w młodszym wieku zależy nasza przyszłość. Wiele wyborów podejmujemy jako nastolatkowie. I te właśnie decyzje wpływają na nasze dalsze życie, dalsze losy. Najważniejsze wybory zapadają przy wchodzeniu w dorosłość. Tylko że ważne jest, aby trzymać się swoich zasad, pamiętać o tym, że byliśmy dziećmi. Bo właśnie w tym tkwi największy problem, że tylu dorosłych zapomina o swoim dzieciństwie, zapomina o swoich błędach. I przez to nie potrafią być wyrozumiali, wielu rzeczy nie rozumieją, zapominają o najważniejszym. Zapominają o swoim systemie wartości, w którym kiedyś na najwyższej pozycji znajdowały się rzeczy najistotniejsze, a teraz zastąpiły je rzeczy mało ważne. Dorosłość jest to też czas, który wielu ludzi źle postrzega. Mylą dorosłość z dojrzałością. Uważają, że wraz z osiągnięciem pełnoletności, stają się ludźmi dojrzałymi, myślą, że teraz wszystko wiedzą najlepiej i wywyższają się. A w ten właśnie sposób pokazują, jak bardzo jeszcze są niedojrzali. W takim razie, jaki okres życia jest najlepszy? Jeśli się chce, to każdy z tych okresów można uczynić cudownym i usłanym różami. Jednak w dzisiejszych czasach coraz ciężej jest tego dokonać. Często wstępuje w nas próżność, dążenie do władzy nad czymś lub nad kimś, materializm, parcie na sławę. Przez to zapominamy o najważniejszych wartościach i zaniedbujemy własne życie. Niszczymy je. Dorosłość jest to czas, kiedy życie nabiera tempa. Nie ma czasu na poznawanie nowych rzeczy, cieszenie się chwilą. Wszystko w biegu. Życie pędzi, a rozwój się zatrzymał. Elastyczność myślenia zabita. Kreatywności brak. I tak rodzą się między innymi stereotypy. Wracając do pytania, który okres jest najlepszy... Moim zdaniem zdecydowanie dzieciństwo. Jest to czas beztroski, czas poznawania, czas zadawania pytań. Trzeba przyznać, że dzieci są bardzo kreatywne, ciekawe wszystkiego, co je otacza. W tym cudownym okresie mają możliwość poznania najważniejszych wartości. Uczą się oddzielać dobro od zła. Uczą się empatii. Dzieci mają o wiele więcej pozytywnych cech niż dorośli. Powiedziałabym nawet, że emocjonalnie są mądrzejsze. Reagują, gdy komuś dzieje się krzywda. Skarżąc na rówieśników, walczą, żeby zło poniosło konsekwencje. Często jednak zdarza się, że rodzice, zabraniając dziecku niektórych zachowań, które z pozoru wydają się złe, zabijają ich pomysłowość. Nie krytykujmy ich za to, pozwalajmy dzieciom znajdować ich własne rozwiązania. Istnieje szansa, że wtedy nie zmarnują dalszych etapów życia. 
Jako drugi wspaniały czas w życiu człowieka uważam osiągnięcie pełnej dojrzałości. Każdy ma swój czas, niektórzy osiągają ją wcześniej, niektórzy później, a inni wcale. Osiągnięcie dojrzałości jest to czas, kiedy zaczynamy rozumieć, na czym powinno polegać życie, zaczynamy dostrzegać wszystkie błędy popełnione w okresie dorosłości. Jest to czas, kiedy spowalniamy, cofamy się do naszych wersji z dzieciństwa. Naszych bogatszych wersji. Jest to czas, kiedy odnajdujemy w sobie odpowiedzi na wszystkie pytania z dzieciństwa, na które odpowiedzi znaleźliśmy w czasie dorosłości, ale nie mieliśmy czasu, aby się zatrzymać i je przyswoić. Jest to czas, kiedy uświadamiamy sobie najważniejsze rzeczy. Nasz system wartości znowu wygląda tak, jak powienien. Nasze życie znowu jest spokojne, poukładane, pełne harmonii. Jest po prostu piękne. Najważniejsze jest, aby do tego okresu wytrwać. Aby do niego dążyć. Naprawdę warto. 
Problemy z rodzicami

Problemy z rodzicami

Kto z nas ich nie ma lub nie miał... Ciągłe kłótnie, spory z rodzicami to coraz częściej codzienność. A to staje się pierwszym krokiem do poczucia niższości. To źle, tamto nie dobrze. Zamiast krytykować tylko i wyłącznie zachowanie, które im się nie spodobało, krytykują charakter. A przecież wystarczyłoby spokojnie porozmawiać i wytłumaczyć. Ale nie, oni myślą, że jak podniosą głos, to osiągną nad nami pewnego rodzaju władzę, dominację. Tylko że krzyki oznaczają słabość. Chyba jeszcze tego nie zrozumieli. Nie wiedzą też, że w ten sposób obniżają nasze poczucie własnej wartość. Bo jak można wierzyć, że coś się osiągnie, kiedy na każdym kroku nam wmawiają, że wszytko robimy źle? Tak samo z mówieniem, że nic im nie pomagamy. Ale jak możemy chcieć pomagać, gdy nawet kiedy coś pomożemy, to oni i tak później mówią, że "NIC" nie robimy? Gdy nazywają niczym naszą pomoc, to raczej nie mamy chęci, żeby nadal robić te "nic". Ale tego też nie mogą zrozumieć. 

Najgorsze jest to, że są takimi materialistami. Nie doceniają piękna, nie widzą tego, co najważniejsze. Żeby w coś uwierzyć, potrzebują konkretów, dowodów, potwierdzeń. Przestali kierować się najważniejszymi wartościami. Totalnie nie rozumieją świata dzieci. Zapominają, że kiedyś też tacy byli. Praca, dom, praca, dom. Ich życie stało się monotonne, schematyczne. A gdzie czas dla rodziny? Wydaje im się, że okazują nam miłość poprzez prezenty. A czasami w ogóle nie okazują miłości. 

Nie potrafią załatwiać swoich spraw między sobą. Mam tu na myśli kłótnie. Ile razy byliśmy świadkami ich nieporozumień? No właśnie... Nie patrzą na to, że dają zły przykład dzieciom. Dzieciom, które nie powinny tego oglądać. Jak w późniejszych latach mają wierzyć w miłość, kiedy nikt ich nie nauczył, jak powinien wyglądać prawdziwy związek? Do tego przerzucają swoją złość na wszystkich dookoła. Dziecku też się dostanie. Za co? Za nic. Nie potrafią zapanować nad emocjami, a przez to my też nie umiemy. Bardzo ciężko jest się samemu tego nauczyć. Ale ich to nie obchodzi. A wiecie co jest w tym wszystkim najśmieszniejsze? To, że po tej kłótni mają takie wyrzuty sumienia, że przez kolejne kilka dni nie będą się do siebie odzywać. Oczywiście nie przyznają się do tego, że coś zrobili źle. A po tych kilku dniach milczenia, jak gdyby nigdy nic przejdą do porządku dziennego. Bez żadnego "przepraszam". I przez to każda następna kłótnia będzie coraz gorsza, bo wszystkie niewyjaśnione sprawy (a będzie ich coraz więcej) zaczną się zbierać. A to może się bardzo, bardzo źle skończyć. A jak argumenty w kłótni się skończą, przechodzą do czynów. Tylko pogratulować... Ale przecież żadne z nich nie może stracić godności i powiedzieć "przepraszam, to moja wina". Nie. Bo po co? Lepiej udawać twardego, silnego. Ale czy ich zachowanie naprawdę wskazuje na siłę? Nie wydaje mi się. Raczej brak odpowiedzialności za własne słowa. Brak dojrzałości. Zachowują się gorzej niż dzieci. A jak dziecko się wtrąci do kłótni i powie im, co o tym wszystkim myśli, to jeszcze bardziej oberwie. Tylko dlatego, że ma rację i do nich zaczyna docierać, że rzeczywiście tak jest. Ale nie mogą pozwolić na to, żeby ten "gówniarz" był mądrzejszy. Nic, tylko bić brawa. Czasami ich głupota mnie przeraża.

Często też mam wrażenie, że wszystkie problemy, które nam robią biorą się z ich dzieciństwa. Bo "za moich czasów"... Kto z nas tego nie zna? Tylko, że żyjemy w 21 wieku. Czasy się zmieniły, najwyższy czas się z tym pogodzić. To nie jest nasza wina, że ich dzieciństwo wyglądało tak, a nie inaczej. Więc nie widzę powodu, dla którego mieliby nas ograniczać tylko dlatego, że oni żyli w gorszych czasach. Ale jednak ograniczają. Niestety. Co zrobić? Jakoś musimy z tym żyć. 

Nie ma w nich tolerancji, szacunku dla inności. Związki homoseksualne uważają za "dziwactwo, chorobę", ale w czym tacy ludzie im przeszkadzają? Tak samo z religią. Ktoś ma inną wiarę niż oni, to na pewno są gorsi. Ktoś jest za inną partią polityczną, to trzeba go zwyzywać. Taka jest ich logika. Już nie wspomnę o tym, że wszystkim dookoła wypominają każdy, nawet najmniejszy błąd, a na siebie nie patrzą. Swoich błędów nie widzą. Bo są starsi, są poważnymi, dojrzałymi ludźmi i taki "gówniarz" nie ma prawa im nic złego powiedzieć. A często zdarza się, że mamy w sobie więcej dojrzałości niż oni. Im się wydaje, że dojrzałość osiąga się z wiekiem. Nie mają o tym najmniejszego pojęcia. 

Problemy z rodzicami często są początkiem depresji. Bo trzeba przyznać, że ich słowa bolą najbardziej. W końcu są osobami najbliższymi. Depresja bierze się stąd, że nie potrafią nas docenić, pochwalić. Zamiast tego wiecznie krytykują, poniżają. Wiecznie coś im nie pasuje. To ich słowa są najczęściej powodem płaczu. Dają nam do zrozumienia, że do niczego się nie nadajemy. Tak się zaczynają problemy z samooceną. W pewnym momencie mamy tego wszytkiego dość. Chcemy uciec z domu, uciec z tego świata. Nie widzą, że przez ich zachowanie zmieniamy się. Zamykamy w sobie. Czujemy się niepotrzebni. Myślimy, że bez nas będzie im lepiej. Zastanawiamy się, jaki sens ma nasze życie. Ale to oni mają problem ze sobą. Wyżywają się na nas, bo ich życie może nie wygląda tak, jakby chcieli. Tylko nie wiedzą, że to nie nasza wina. 

I żeby nie było. Oczywiście jak zawsze nie mówię tutaj o wszystkich. 

Fałszywość

Fałszywość

Odnosicie czasem wrażenie, że wszystko, co nas otacza, jest takie fałszywe, zakłamane, udawane? Wszystko staje się fikcją. Wyimaginowany świat, ludzie, zachowania. Czynności wykonywane z przymusu, dla dobra ogółu, dla zasady. A zasadą coraz częściej staje się tworzenie fałszywego wizerunku na potrzebę społeczności, wśród której żyjemy. Kłamiemy, żeby coś uzyskać, czegoś nie stracić. Udajemy, żeby zostać zaakceptowanym. A gdzie podziała się tolerancja? Szacunek? Nie potrafimy uszanować czyichś poglądów, nieważne, czy to w sferze polityki, czy religii. Tak naprawdę w każdej dziedzinie znajdziemy przykład nietolerancji. A to niepotrzebnie wywołuje kłótnie, spory, wojny poglądowe. Zamiast uszanować, narzucamy swoje zdanie. Przekonujemy, sprzeczamy się. Tylko po co? Wymyślamy milion argumentów, żeby przekonać kogoś do swoich racji. Nie łatwiej byłoby po prostu pogodzić się z tym, że każdy ma prawo do swoich przekonań? Poniekąd właśnie przez takie szufladkowanie ludzi, dużo osób zamyka się w sobie, przestaje wyrażać swoje zdanie, zmienia swoje dotychczasowe poglądy, aby nie zostać odrzuconym, poniżonym. Tak kończy się bycie sobą. Oczywiście jeśli ktoś jest silny, będzie nadal wytrwale bronił swojego zdania. Ale nie zapominajmy o tych, którzy są wrażliwi na krytykę. Tak kończy się ich bycie sobą. 

Uważam, że fałszywość objawia się też w dużym stopniu podczas manipulacji. Trzeba przyznać, że jest to bardzo sprytny mechanizm, ale też duża umiejętność. Osoba poddana manipulacji, jednocześnie staje się nieświadomą ofiarą testu wykazującego cechy tej osoby. Jak? Na przykład w sytuacji, kiedy kogoś o coś prosimy. Jakby to ująć... W przypadku, gdy chcemy coś od danej osoby otrzymać, to ją po prostu o to prosimy, prawda? Wyobraźmy sobie, że prosimy o jedno ciastko, a ta osoba nam odmawia. Jeśli poprosilibyśmy o dwa, trzy ciastka, to istnieje bardzo duże prawdopodobieństwo, że otrzymalibyśmy jedno ciastko. Chodzi o to, że chcąc mniej, a wymagając więcej, możemy dostać tyle, ile chcemy. Moim zdaniem jest to bardzo sprytny chwyt, który pozwala nam nie dość, że otrzymać to, czego pragniemy, to też poznać cechy drugiego człowieka, w tym przypadku podchodzi to pod egoizm. 

Tak samo wywieranie wpływu na ludzi. Pomyślcie, ile razy ktoś podniósł na Was głos, odniósł się w niemiły sposób, skrytykował, tylko po to, żebyście mieli wyrzuty sumienia? A to wszystko dla tego, że zrobiliście coś, co się komuś nie spodobało. Z pewnością każdy z nas nie raz znalazł się w takiej sytuacji. Tak zwana "funkcja impresywna". Sprawianie przykrości drugiej osobie, wzbudzanie poczucia winy. Czyż to nie jest okropne? Ale to pokazuje, do czego ludzie są w stanie się posunąć, kiedy coś idzie nie po ich myśli. 

Fałszywość, kłamstwa, fałszywość, kłamstwa... I tak bez końca to narasta. Co się takiego stało, że już coraz ciężej zobaczyć kolorowe barwy życia? Co się stało, że więcej w nas pesymizmu niż optymizmu? Dlaczego tyle w nas nienawiści, obojętności? Nie reagujemy na krzywdę innych, myśląc, że sami sobie są winni. Zostajemy obojętni wobec tych, którzy potrzebują pomocy, mówiąc, że przesadzają. Nie pocieszamy, tłumacząc, że mają przestać się nad sobą użalać. Co się dzieje? To wszystko zmierza w złym kierunku...

Fałszywość otacza nas z każdej strony. Fałszywi przyjaciele, którzy przy nad udają takich wspaniałych, a potem nabijają się z naszych problemów. Fałszywe uśmiechy, pod którymi kryje się mnóstwo bólu, bo "tak jest łatwiej, nikt nie zadaje niewygodnych pytań". Fałszywe zachowania, bo tego wymaga świat, jeśli chcemy coś osiągnąć. Mówimy jedno, robimy drugie. Oczekujemy niewiadomo czego, w zamian nie dając nic od siebie. Fałszywa miłość, przyjaźń, uczucia, gesty. Tylko po co?

A czy życie nie powinno być przygodą? Pełną wspaniałych doświadczeń, przeżyć? Czy nie byłoby łatwiej bez tej całej fałszywości? Przecież to tylko strata czasu. A po co go tracić na niszczenie czyjegoś i swojego życia? Nie lepiej w tym czasie zrobić coś szalonego, pożytecznego? Dla siebie, dla innych... Czy nie bylibyśmy wtedy bardziej szczęśliwi? Kto z nas chciałby żyć w wiecznym smutku, cierpieniu? Zapewne nikt. Więc dlaczego pozwalamy na to, żeby inni tak żyli? Co więcej, dlaczego sami się do tego przyczyniamy? Na te pytania każdy powinien odpowiedzieć sobie sam...

Nienawiść

Nienawiść

Znowu przerwa. Jakoś nie mam ostatnio czasu, żeby zebrać myśli. Ach ten czas... No właśnie... Bo czym jest życie jak nie upływającymi sekundami, minutami, godzinami, dniami, miesiącami i w końcu latami? I tylko od nas zależy, jak nam ten czas upłynie. Kwestia podejścia. A czy nie byłoby fajnie powiedzieć sobie pod koniec "było super!"? No tak... Łatwo mówić. Bo jak żyć po swojemu w tym pełnym nienawiści świecie? Jak żyć zgodnie ze swoimi zasadami, przekonaniami, skoro wszyscy oczekują, że będziemy zgadzać się z ich zdaniem? Bardzo często trudno jest wyrazić swoją opinię, bo zaraz spadnie fala krytyki. Już nie wystarczy szanować czyichś poglądów, ludzie oczekują, że będziemy się z nimi zgadzać. A jak nie, to do widzenia. "Jak masz inne zdanie, to nara". No i tak to mniej więcej wygląda. Ale wiecie co? To nawet lepiej. Widocznie tacy ludzie nie są warci Waszego zainteresowania. Dobra wiem, słyszeliście to milion razy, ale taka prawda. To chyba tyle w temacie. Albo jeszcze chwilkę się na tym zatrzymam. Z tym zainteresowaniem... Zastanówcie się przez chwilę. Pewnie każdy z nas ma w swoim otoczeniu osobę, która na nas totalnie nie zasługuje i doskonale o tym wiemy. Osobę, która swoim zachowaniem często dawała nam do zrozumienia, co tak naprawdę o nas myśli. Swoimi słowami niejednokrotnie nas raniła. I w pełni zdajemy sobie sprawę, że tak naprawdę już dawno powinniśmy zakończyć tę relację. A jednak tak ciężko się od niej uwolnić. Zabawne, nie? Wielokrotnie nas rani, przezywa, wyśmiewa, sprawa ból, wywołuje cierpienie, a i tak przy niej trwamy. Nie mówię tu o przyjaźniach, broń Boże, tego nie można nazwać przyjaźnią. Związkiem tym bardziej nie. W takim razie co to jest? Odpowiedź jest prosta: nieodwzajemniona miłość lub coś znacznie gorszego: osoba krytykująca uważa się za władcę, a my jesteśmy poddanymi. Tak to działa. Ma tę przewagę, że potrafi nieźle manipulować. A my ulegamy, chociaż wiemy, że już dawno powinniśmy to zakończyć. A więc dlaczego tak ciężko uwolnić się z toksycznej relacji? Powodów może być tysiące... W większej grupie może przeważać obawa odrzucenia ze strony pozostałych osób, w relacjach indywidualnych - obawa przed samotnością. Właściwie na to samo wychodzi. Ale tak jak mówię - każdy przypadek jest indywidualny. Kropka.

A myśli płyną i płyną... Może jak już dopłyną, dowiem się, co właściwie chciałam Wam w tym poście przekazać. Hmm... O! Już się zbliżają... Niestety, negatywne.
Zastanawia mnie, dlaczego w codziennym życiu często spotyka nas tyle złości, negatywnych emocji, które nawarstwiają kolejne przykrości i zmartwienia. Tworzone przez innych lub też przez nas samych. To raczej nie ma większego znaczenia. Chociaż... Może i ma. Może nawet zasadnicze. Bo właściwie te tworzone przez innych, załóżmy naszych bliskich, potrafią zranić bardziej. Przynajmniej tak mi się wydaje. Te, które sami kreujemy może można jeszcze jakoś stlumić, dojść do wniosku, że tak naprawdę nie ma czym się przejmować. A jak usłyszymy krytykę od kogoś bliskiego - boli, i to jak. Bo jakie to uczucie, gdy co chwilę słyszysz, że to zrobiłeś źle, tamto mogłeś poprawić, to zepsułeś, tego nie zrobiłeś w ogóle. Tak rodzi się przekonane o samym sobie, że już do niczego się nie nadajemy. A przecież wcale tak nie jest. Z drugiej strony, można przyjąć tę krytykę (oczywiście jeśli jest ona wyrażona konstruktywnie) za poradę. Czyjeś słowa dają czasami dużo do myślenia. Ważne jest, żeby nie ulec emocjom, nie dopuścić do siebie negatywnych myśli, tylko całą sprawę na spokojnie przeanalizować. Samokrytyka, powiedziałabym, jest nawet w pewnym sensie porządana. Pozwala nam zrozumieć swój błąd, potrafi zmobilizować (teraz zrobiłem coś źle, to następnym razem bardziej się postaram), wywołuje refleksję na temat swoich czynów. A kiedy dojdziemy do wniosku, że może rzeczywiście nie do końca dobrze postąpiliśmy, trzeba umieć przyznać się do błędu, co też często sprawia niemałe problemy. Przyznanie się do błędu jest o tyle uciążliwe, jeśli ktoś nie potrafi okazać słabości. Czasami wynika to po prostu ze zwyczajnego braku umiejętności przyznania komuś racji. Chociaż wiemy, że druga osoba ma rację, nadal będziemy się upierać przy swoim. Dlaczego tak jest? Po prostu - nie chcemy pokazać, że też zdarza nam się pomylić. Gramy twardych, nieskazitelnych, nienaruszalnych. Tylko po co? Czasami trzeba pokazać słabość, wyżalić się, pokazać światu swoje myśli. Tylko pamiętajcie, żeby przy wyrzucaniu z siebie negatywnych emocji nie ranić nikogo innego. Często zdarza się, że będąc złym na jedną osobę, wyżywamy się na drugiej, chociaż to nie ona dała nam powód do złości, nic nie zawiniła. Wiem, że to bardzo, bardzo trudne, ale przy oczyszczaniu umysłu z negatywnych przeżyć, doznań najlepiej zachować spokój. To jest ogromna sztuka, ale do wyuczenia. Tak samo jak przy samej sytuacji, w której jesteśmy źli. Wtedy co pierwsze przychodzi do głowy? Wyżycie się na czymś. Uderzanie pięściami o ścianę, rzucanie przedmiotami, ranienie się poprzez cięcie lub bicie itp.. I wszyscy jak jeden mąż twierdzą, że to rzekomo pomaga. NIE, NIE I JESZCZE RAZ NIE. W żadnym wypadku nie należy tak postępować. To, że niby "pomaga", to nic innego jak złudzenie. Wmówiliśmy sobie, że przez to czujemy się lepiej. A tak naprawdę ten sposób "radzenia sobie" ze złością tylko pogłębia złość, ponieważ uwalnia kolejne negatywne emocje. Najlepszym sposobem jest opanowanie, wyciszenie się. Samotny spacer w piękne miejsce, które zmieni nasze nastawienie do aktualnych problemów, zmartwień, powodów do złości potrafi zdziałać cuda, uwierzcie. Bo jak się złościć w miejscu, które aż prosi się o pozytywne myślenie? W Waszym otoczeniu taka przestrzeń z pewnością się znajdzie. Może to banalne, ale długie spacery pozwalają na oczyszczenie umysłu, pomagają postawić sprawy w jaśniejszym świetne. Oczywiście nie tylko podczas spacerów można dokonać tych wszytkich rzeczy, one jedynie w tym pomagają. Bo trzeba przyznać, że sztuką jest umiejętność opanowywania złości pod wpływem impulsywnej sytuacji. Ale wszystko jest do osiągnięcia, tylko trzeba nad sobą pracować.
Wirtualny świat

Wirtualny świat

Dzisiejszą refleksję wywołały we mnie te oto piękne widoki:


Podczas długiego, samotnego spaceru przewietrzyłam umysł i wracam do Was z kolejnym tematem. Cicha, pusta przestrzeń daje dużo do myślenia.

Zastanawialiście się kiedyś, dlaczego w dzisiejszych czasach tyle osób zamyka się w wirtualnym świecie? Internet... Nie ulega wątpliwości, że gdyby nie ten wynalazek nasz świat wyglądałby zupełnie inaczej. Czy lepiej, czy gorzej... To jest sprawa dyskusyjna, nie zatrzymujmy się przy tym. W każdym razie dla osób, które wybiorą ten właśnie świat, może się to skończyć niezbyt dobrze. Najpierw spróbujmy odpowiedzieć sobie na pytanie: dlaczego tak duża część społeczeństwa wybiera życie w wirtualiach? (Nie chodzi oczywiście o uzależnienia od gier komputerowych, choć trzeba przyznać, że to też jest ogromny problem, ale dzisiaj nie o tym). Z pewnością każdy przypadek jest inny, ale postaram się to uogólnić. Zatracenie się w wirtualnym świecie jest ucieczką od problemów życia codziennego. Jak wszyscy wiemy, łatwo można zostać niesprawiedliwie ocenionym przez innych, nie trudno zaniedbać kontakty z rówieśnikami, utracić przyjaźnie. Dzieje się to z różnych, indywidualnych powodów. A przez to wszystko obniżenie samooceny przychodzi z łatwością. Wiecie, beznadziejność, bezradność, samotność, w końcu depresja. Nic już nie jest tak, jak chcemy żeby było. Nie ma nikogo, kto mógłby nas wesprzeć. Pojawiają się myśli samobójcze, ale najpierw trzeba złapać się ostatniej deski ratunku - internetu. Często w ten sposób ograniczamy dostęp do siebie rodzinie, z czasem całkowicie go odcinając. A to prowadzi do jeszcze większej samotności, może pogłębić depresję. Osoby z depresją w internecie zazwyczaj szukają pomocy. Bo kiedy utraci się wszystkie kontakty z bliskimi, trzeba poszukać wsparcia gdzie indziej. I tam - w wirtualnym świecie - można je znaleźć. Albo w postaci drugiej osoby, która potrzebne wsparcie i zrozumienie okaże, albo w postaci cytatów, rzekomych "złotych myśli". Cytatów, które określane są mianem "takich prawdziwych", "życiowych". Cytatów, o których często mówi się "to mi pomaga". Ale pomaga w czym? Moim zdaniem w pogłębieniu depresji, w utwierdzeniu się w przekonaniu, że nic lepszego już od życia nie dostaniemy. Zapewne każdy wie, jakie cytaty mam tutaj na myśli. (Wszystkie te, które nawiązują do depresji, nieodwzajemnionej miłości, samotności i tak dalej. Te, które nawiązują w sposób często ironiczny, co gorsza - pochwalają, czasami nawet namawiają do samookaleczania). Swego czasu też uważałam, że rzeczywiście pomagają. Ale uwierzcie, patrząc na to z perspektywy czasu, to naprawdę w niczym nie pomaga. One tylko uświadamiają nas, że już zawsze będzie tak źle. Że miłość nigdy nie zostanie odwzajemniona. Że sięganie po żyletkę jest dobre. Ogólnie mówiąc, że już zawsze wszystko będzie beznadziejne, bez cienia nadziei na lepszą przyszłość, lepsze życie. Zaraz przejdę do zalety zamknięcia się w tym świecie (znalazłam tylko jedną), ale najpierw, pozwólcie, zatrzymam się jeszcze przy wadach (tych jest znacznie więcej, niestety).
Kolejnym przykładem może być już wcześniej wspominana utrata kontaktu z otoczeniem. Nie utrzymując relacji z osobami, na których nam zależy, ranimy nie tylko ich, ale i siebie. Ranienie ich polega na tym, że stajemy się wobec nich chłodni, nieprzyjemni, obojętni. A siebie? Ceną jest właśnie samotność. Wbrew pozorom tak naprawdę nie chcemy nikogo ranić, nie chcemy się tak zachowywać. Ale to jest silniejsze. Z każdym dniem przybiera na mocy. W końcu oddajemy się przedostateczności - internetowi. Przejdźmy dalej. Krytyka, wyzwiska, bezpodstawne ocenianie w realnym świecie prowadzi do obniżenia poczucia własnej wartości. Utrudnia zaakceptowanie siebie takim, jakim rzeczywiście się jest. I wtedy do akcji wkracza poszukiwanie oparcia w internecie. I właśnie tutaj przejdziemy do zalety, bo jeśli o nią chodzi, to jedyną takową jest znalezienie przyjaciela. Osoby, która będzie wsparciem. Która zrozumie, pocieszy. Kogoś, na kogo w każdej sytuacji będziemy mogli liczyć. Być może osoby, która ma problemy podobne do naszych i doskonale nas rozumie, nie będzie krytykować. Nie łatwo o znalezienie takiego Anioła Stróża. Ale jest to wykonalne i bardzo może pomóc. Trzeba tylko trafić na odpowiednią, to znaczy szczerą, otwartą, chętną do pomocy osobę. Wtedy wybranie wirtualnego świata mogłoby przynieść pozytywne skutki, bo z czasem otworzenie się na realność wydawałaby się łatwiejsza, a nawet porządana. Jeśli znajdziemy osobę, która na nowo pomoże nam odbudować własne wnętrze, pewność siebie i poczucie własnej wartości, możemy zacząć naprawiać wcześniej utracone kontakty. Warunkiem jest chęć przyjęcia tej pomocy. Trzymajcie się cieplutko! 

Niepokój i martwienie się

Niepokój i martwienie się

Dzisiejszy wpis poświęce, jak się okazuje, coraz częstrzym problemem współczesnego świata, jakim jest martwienie się. Jest to bardzo szerokie pojęcie. Zamartwianie się jest może nie tyle problemem, co refleksją, z której rodzą się problemy. Niepokój dręczy umysł, oddala wszystkie inne myśli. W ten sposób z jednego zmartwienia rodzą się kolejne, które natomiast przypominają o poprzednich. Refleksja nie jest oczywiście niczym złym - dzięki niej możemy przeanalizować problem i znaleźć najlepsze wyjście z danej sytuacji. Jednak kiedy przemienia się ona w melodramatyczny monolog, pojawia się problem. Dlatego ważne jest, aby nie popadać w paranoję i na spokojnie zastanowić się nad konsekwencjami wyborów, których musimy dokonać, aby wyjść z trudnej sytuacji. Jak wiadomo, nie zawsze  jest to takie proste. Wszystko zależy od powagi tej sytuacji.
Powodów do zmartwień może być mnóstwo. Ale dlaczego mamy skłonność do częstego martwienia się? Żyjąc w ciągłym biegu, stresie, mając na głowie tyle spraw do ogarnięcia, łatwo zaplątać się w tym wszystkim. Na codzień zmagamy się z rzeczywistością, czujnie obserwując otaczający nasz świat. Martwiąc się, skupiamy się tylko i wyłącznie właśnie na tej czynności. Zastanówmy się, na czym polega zamartwianie się. Jest to na pewno wywołanie w naszych myślach jakiejś obawy, zagrożenia. Martwimy się, bo czujemy, że nasza obecna sytuacja jest niebezpieczna, niepokojąca, opresyjna. Właśnie dlatego nie potrafimy skupić się na niczym innym, jak właśnie na zamartwianiu się. Nasz umysł ignoruje i odpycha wszelkie inne myśl, koncentrując się tylko i wyłącznie na wymyśleniu skutecznego sposobu rozwiązania problemu. Martwienie się nie będzie trwało oczywiście wiecznie. Jest to zjawisko przejściowe. Czas zależy od osoby i sytuacji, w jakiej się ona znajduje, każdy przypadek jest indywidualny. Niepokój znika w momencie, kiedy znajdziemy racjonalne rozwiązanie problemu i przejdziemy do zrealizowania planu wyjścia z opresji. Zmartwienie będzie powoli zanikać, a nasz umysł poda nam na tacy myśli, które zagubiły się podczas całego procesu zamartwiania się.
Największe skłonności do martwienia się mają ci, którzy bez jakiegokolwiek optymizmu spoglądają na życie. Czyli takie osoby, które nie potrafią znaleźć niczego pozytywnego w nawet nienajgorszej sytuacji. Są negatywnie nastawieni do innych, nie ma w nich cienia nadziei na to, że może spotkać ich coś dobrego. Zazwyczaj są to po prostu osoby, które zostały niesprawiedliwie potraktowane przez życie, a o to nie trudno w naszych czasach. Dążymy do doskonałości, do perfekcji, przez to też nie możemy być sobą. Żyje w nas przekonanie, że jeśli będziemy idealni, nie będziemy mieli powodów do zamartwiania się. Dlaczego? Bo przecież ogólnym powodem, poprzez który rodzą się zmartwienia, jest nasze poczucie, że coś zrobiliśmy źle. Często takie odczucia wywołują w nas inni, na przykład negatywnie komentując nasze poczynania. (Znowu nawinął się temat krytyki, bez tego chyba ani rusz w naszych czasach!) Zatrzymując się jeszcze na chwilkę przy tym właśnie powodzie zamartwiania się, chciałabym zauważyć, że te właśnie komentarze wywołują bardzo silne niepokoje. Nasz umysł wypełnia się obawami, nie myśląc o niczym innym, jak tylko o tym, co ta osoba teraz o nas pomyśli. A to natomiast świadczy o tym, że nazbyt przejmujemy się opiniami innych na nasz temat, zależy nam, żeby dobrze wypaść w ich oczach. Nie mówię, że to źle. Sęk w tym, że przez to udajemy kogoś, kim nie jesteśmy. To oczywiście jest tylko jeden z licznych przykładów zmartwień. Powód do niepokoju znajdziemy w bardzo prosty sposób. Na najbardziej banalnych zmartwieniach rozpoczynając (np. dramat w ulubionym serialu), a na tych największych i najgorszych kończąc (np. choroba, rozwód, utrata pracy). Cięższym zadaniem zdecydowanie jest pozbycie się zmartwień. Jest to proces wymagający dużego wysiłku, jakim jest skuteczne rozprawienie się z problemem.
Robi się bardzo niebezpiecznie, kiedy niepokój i zmartwienia pojawiają się zbyt często. Sprawia to, że przestajemy odnajdywać nowe, kreatywne i pozytywne rozwiązania sytuacji. Co więcej, widzimy problemy tam, gdzie ich nie ma, i jesteśmy jedynymi osobami, które je widzą. Krócej mówiąc: wymyślamy je. To natomiast może przeobrażać się w napady lękowe, które z czasem mogą stać się fobiami. A dlaczego pojawiają się zbyt często? Mnie się wydaje, że mamy skłonności do drążenia tematu, rozdrapywania starych ran, które często w ten sposób powiększamy, wywołując kolejne nieprzyjemne myśli.
W takim razie co zrobić, żeby nie popadać w paranoję, kiedy mamy powody do zmartwień? Przede wszystkim należy zachować spokój, trzymać emocje na wodzy. Dzięki temu będziemy mieli szansę na precyzyjne przyjrzenie się każdemu rozwiązaniu i szybciej znajdziemy odpowiednie wyjście z sytuacji. Czasem potrzeba wielu starań, aby nabyć umiejętności szybkiego opanowywania się, ale jeśli naprawdę się chce, wszystkiego można dokonać ciężką pracą nad sobą.

A Wy jakie macie sposoby radzenia sobie ze zmartwieniami? Dzielcie się nimi w komentarzach, Aniołki. ❤


Copyright © 2014 Hearts Saver , Blogger